Kosze na śmieci
Pierwszy raz mówiące kosze na śmieci zobaczyłem na jakiejś małej stacji benzynowej w austriackiej części łańcucha alpejskiego. Kosze te były poustawiane w każdej łazience i coś tam brzęczały w ichnim języku, gdy wrzucało się do nich papierek albo inny śmieć. Troszkę dziwnie się czułem, słysząc to po raz pierwszy, ale wkrótce z moim kumplem zaczęliśmy się dobrze bawić, testując, na co owe kosze na śmieci zareagują, a na co nie. Po wielu latach ten mój znajomy przeprowadził się do własnego domku. I pierwsze, co zauważyłem, gdy tam wszedłem, to... tak, dwa mówiące kosze na śmieci, w łazience i w kuchni. Znalazł je gdzieś w sklepie internetowym i kupił. Był tylko jeden problem – kosze za wrzucenie do nich papierka dziękowały w jakimś dziwnym języku piskliwym głosem, który powodował u mnie salwy śmiechu i rozważania na temat tego, jakiej płci są owe kubły i czy aby na pewno mają właściwe zapatrywania. Nie było to zbyt w dobrym guście, ale kumpel chyba dobrze zdawał sobie sprawę, że zrobił nie do końca dobry zakup. Efekt był taki, że siadłem do internetu i znalazłem mu nowe kosze na śmieci – takie, które też mówiły, ale normalnym, kobiecym głosem po angielsku, czyli w języku zrozumiałym i dobrze postrzeganym. Nowe mówiące kosze na śmieci stanęły za raz na miejscach tych poprzednich, które z kolei wynieśliśmy do garażu. Po dziś dzień te paplające w dziwny sposób kosze na śmieci są atrakcją ogródkowych imprez – i ulubieńcami naszych dzieci, które orzekły ostatnio, po obejrzeniu jakiejś bajki, że to język krasnoludzki. Dla mnie może być i krasnoludzki – ważne, że kosze nie są dziurawe i tyle.